Do Czarnogóry
Litovel
No więc ruszyliśmy, pakując się w czterech chłopa do małego auta. Resory zachrzęściły, a człowiek na stacji benzynowej wybuchnął śmiechem widząc jak jesteśmy upakowani. W głowach pustka, ale czego się spodziewać, kolejna jazda pełna niepewności, a do tego wyjechaliśmy z domu w strugach deszczu. Mieliśmy zamiar spać w namiotach. Niepewność w co się pakujemy, ale może lepsza od pewności siedzenia w domu. Bon Jovi z boomboxa próbował zagłuszyć szum wywietrzników, a oczy próbowały przejrzeć przez zachodzące parą szyby.
Ale znów pełny bak, zmiętoszone mapy, mglisty plan, i znów to uczucie. Jak narkotyk. Jak zaciągnięcie się dymem, trzymanie go w płucach, czekając aż uderzy i oswobodzi. Znów w drodze.
Wjechaliśmy do Czech i Moraw, gdzie przez wioski i pola dotarliśmy do Ołomuńca, kręcąc się też po okolicznych miasteczkach.
W Kroměřížu, na dziedzińcu zamku wciągniętego na listę dziedzictwa UNESCO jedliśmy smażony ser. Wszystko otwarte, wszystko dla ludzi. W Bouzovie po długich poszukiwaniach znaleźliśmy kolejny zamek gdzie ciągle walczą rycerze, choć teraz już chyba na niby. W Ołomuńcu władowaliśmy się na dziedziniec uniwersytetu gdzie Paweł już od września będzie studiował. Doprowadziły nas tu małe wąskie klimatyczne uliczki, wśród zwartej, starej, pięknie zachowanej zabudowy.
I zazdrościłem mu trochę, bo też uwielbiam Czechy. Za te uliczki, knajpki i za smażony ser, za holki, za spokój, za kofolę, lentilki i Szwejka. I za miejsca jak Litovel.
Gdy wtoczyliśmy się na rynek wieczorową porą, miasteczko wyglądało jak bezludne. W środku tylko plac, ratusz, pomnik i hotel. A w nim brak recepcji, wszystko pozamykane, tylko wiadomość, by pytać w cukierni Jantar. A gdzie ta cukiernia? Oczywiście też na rynku, po drugiej stronie, tylko tam świeciły się światła.
Obsługująca kobieta zostawiła ladę w cukierni, wzięła słoik z kluczami i kazała iść za sobą. Znaleźliśmy się w trzypiętrowym, opuszczonym budynku hotelu. Kobieta zanim znalazła pokój z czterema łóżkami otworzyła kilka innych. Dawno tu nie była. Nikt tu dawno nie był. Całe piętro nasze. Za grosze.
Wykrochmalona pościel, srebrzysty żyrandol niczym z rogów nosorożca i tekstura w kwiaty na pomarańczowej ścianie. Jak w domu.
By to uczcić ruszyliśmy pustymi ulicami ze szklącej się po deszczu brukowej kostki. Pusto w miasteczku, pogaszone światła. Znaleźliśmy jakąś robotniczą knajpę z kolesiem w kamizelce z gwiazdą szeryfa. Piliśmy miejscowe piwo, siedząc na prostych krzesłach, przy drewnianym stole i czerwonym obrusie z napisem Litovel. I było pięknie, tak jak powinno być.
Gdy wracaliśmy na ulicach wciąż nie było nikogo. Światła w domach pogaszone. Rześka letnia noc i ani żywej duszy w małym miasteczku.
Idylla musiała się skończyć.
W głowie urodziła się myśl, fobia i legenda, w którą o tej godzinie i tym stanie zbyt łatwo uwierzyliśmy. Po zmroku, ludzie z ulic z całą pewnością są wyłapywani przez demonicznych pracowników browaru i przerabiani na w bąbelki w piwie. Dlatego niewielu już ich zostało na wolności…
Uciekaliśmy w popłochu dalej na południe.
28-08-2006
Nowe słówko: rendőrség
Węgry były zawsze dla mnie ziemią nieznaną, trochę zakazaną. Pędziłem ze Słowacji prosto do Serbii, by od Słowian przejechać do Słowian. Nie rozumiałem tu ani języka, ani obyczajów.
Tym razem jednak było inaczej. Zatrzymaliśmy się na dłużej.
Po dwóch nocach błąkania się po okolicy wreszcie stanęliśmy w Budapeszcie. Wepchaliśmy się na policyjny parking koło dworca Keleti, oczywiście za darmo (- Obrońca granic nie płaci za nic!), od dawna wiadomo, że najciemniej pod latarnią, i ruszyliśmy w miasto. Zasiadając to tu to tam przy kawce i piwku, łażąc wybrzeżem Dunaju, oglądaliśmy ustawione wszędzie wymalowane plastikowe krowy, ale też podziwialiśmy urodę stolicznianych dziewcząt.
I wtedy zadzwonił telefon z ofertą nie do odrzucenia.
- Macie gdzie dzisiaj nocować? – zapytała Zsuzsa.
- Mamy namioty…
- Lepiej przestałbyś żartować, teraz jestem na wiosce pod ukraińską granicą, ale w Budapeszcie zostawiłam mieszkanie. Musicie się tylko skontaktować z moją koleżanką Noemi, która się nim opiekuje. I już. A potem zwijacie manatki i przyjeżdżacie do nas. Tak jak ci pisałam, rzuciłam posadę w wielkim mieście, przenieśliśmy się z Ambrusem na wieś. Zaczęłam pracę u znajomych, w destylarni palinki. W weekend organizujemy tu festyn. Musicie tu być!
Zamknąłem oczy i śmiałem się do siebie.
**
Trochę przerazili się w biurze gdzie władowaliśmy się w czterech wypytując o Noemi. Ale ona ani trochę. Stanęła przed nami wyglądająca niewinnie i słodko, delikatna i zgrabna blondynka, ze szczerym uśmiechem.
Wieczór pokazał jej inne oblicze.
Już w mieszkaniu, chłopaki poprosili o zrobienie listy zakupów. Wcześniej kupiliśmy wino, ale przecież nie to chcieliśmy pić. Pięknymi wywijasami dziewczyna wypisała wszystko co mają kupić. Palinkę zapija się piwem.
Noemi lubi muzykę metalową. Krzywiła się na nasze wspominki Britney Spears i Shakiry (w samochodzie, całe teksty znali i śpiewali ci, których nigdy bym o to nie podejrzewał), które do znudzenia wałkowały radiostacje w Czechach i na Słowacji. Noemi włączyła Panterę.
Przyjechała do Budapesztu po rozstaniu z chłopakiem, jak mówi - jako bardzo spokojna dziewczyna. Mieszkała na wyspie na Dunaju, w wiosce, która liczy pięciuset mieszkańców, a ojciec jest właścicielem miejscowego pubu. A teraz w dużym mieście, zaczęło się małe szaleństwo. Poznała ludzi, kręgi rockowo-motocyklowe. Jeździ na zjazdy, gdy polaliśmy brzoskwiniówkę, z rozrzewnieniem wspomniała ostatni weekend.
Nie przeraziła się, że szukało jej czterech gości, bo ostatnio w Chorwacji, w nocy szukało jej dziesięciu wielkich, wytatuowanych bikersów. Chodząc ulicami wołali – Noemi! aż natknęli się na policjanta. Ten tylko spokojnie zapytał - Szukacie tej wstawionej dziewczyny?
Okazało się, że natknęła się na niego wcześniej, nie miała dokumentów, uśmiechnęła się tylko, więc oficer puścił ją wolno.
Jak dla mnie słodycz i niewinność.
No i tak śmialiśmy się cały wieczór, aż przyszła sąsiadka z dołu z demoniczną awanturą i zaczęła straszyć, że wezwie węgierskie służby porządkowe. A z kimś kto każe na siebie mówić rendőrség (zamiast tak jak na całym świecie - policja, police, policie) nigdy nic nie wiadomo.
**
Rano ruszyliśmy w stronę ukraińskiej granicy.
30-08-2006
Kraj palinką płynący
Panyola. Wioska otoczona rzekami, polami słoneczników i śliwkowymi sadami. Rzekę przekracza się promem, ze słoneczników robi się olej, a ze śliwek palinkę. Zwyczajny rytm natury.
Sześciuset mieszkańców, gorzelnia, sklep i kościół, rozłożone przy dwóch ulicach, po których kalwiński pastor jeździ harleyem, i gdzie najbardziej pożądanym samochodem jest chrysler, bo fabrycznie wmontowany ma największy bak do przewożenia benzyny z Ukrainy.
Po stołach pełnych gulaszu i placków ziemniaczanych leje się palinka, po której nie ma kaca ani brzydkich kobiet,
kultywując tradycje, okoliczne wioski całkiem nieźle przędą,
a najdalsze rubieże Unii Europejskiej bawią się
tańcem i śpiewem chwaląc cuda te.
I wszystko to w kraju naszych bratanków, gdzie na powitanie można powiedzieć „sija”, gdzie s czyta się jak sz, sz jak s, zs jak ż, a na arbuzy mówi się dinnye.
02-09-2006
Piękno pisane cyrylicą
Kupiona na stacji benzynowej mapa niewiele wyjaśniła. Szukaliśmy w niej jakiegoś sensu, celu, od tej pory wszystko zaczęło się rozpadać, rozmywać. Z Belgradu dobiegły niepokojące wieści. Milorad, którego miałem zamiar odwiedzić choruje, nie możemy się spotkać, przechodzi terapię. Nie zatrzymamy się więc w mieście.
Postanowiliśmy jechać od razu nad morze, zatrzymując się tylko na chwilę, by złapać oddech i by go stracić zagapiając się na dziewczyny spacerujące ulicami Nowego Sadu i Belgradu.
Po hucznym świętowaniu na Węgrzech, niespodzianki takie jak w Paliciu, już nam nie były w smak. W Serbii zatrzymaliśmy się na pierwszym kempingu, zaraz za granicą. Musiałem się przekonać czy odzyskałem moc, czy mogę znów się porozumiewać, czy mój język serbski jest jeszcze w stanie przeprowadzić nas przez tę ziemię. Okazało się, że jest… Gdy dojechaliśmy było ciemno, wszystko pozamykane, obozowicze wysłali nas do jakiegoś domku po drugiej stronie drogi, mieliśmy znaleźć gospodina Šime. Wyszedł do nas w dresie i podkoszulku starszy człowiek, właściciel kempingu, i widząc mój wysiłek porozumiewania się w jego języku, przywitał nas serdeczniej niż się spodziewaliśmy.
- Piwo to u mnie musicie kupić, ale rakiją poczęstuję was za darmo. Własny wyrób. Jabłuszko! – uśmiechnął się zbójnicko, po czym, nawet nie czekając na naszą reakcję wytoczył z lodówki dwulitrową plastikową butlę i kieliszki prosto z zamrażarki.
Odpadliśmy po jednym…
**
O poranku zaczęliśmy gonitwę nad morze. Tak dawno go nie widzieliśmy. Z przyczyn do tej pory nie wyjaśnionych nie wybraliśmy autostrady, tylko boczne drogi. Zdaje się, że chcieliśmy zobaczyć jak rosną tak wielkie arbuzy.
Szosa była wąska, dziurawa i znojna. Dla chłopaków to debiut w Serbii – w Nowym Sadzie jedliśmy więc tłusty burek z jogurtem czyli ciasto z mięsem i oglądaliśmy tabla miejscowych szkół na wystawach sklepów. Nie mogliśmy się napatrzeć na klasy żeńskie. A na ulicach było jeszcze lepiej, jakby te wszystkie miski, które teraz błąkają się ulicami Warszawy, nagle zjechały tutaj.
W Belgradzie stanęliśmy po południu. Już wtedy zacząłem kombinować – jak to zrobić, żeby w przyszłości osiedlić się tu na dłużej. Niestety po spacerze do twierdzy i głównym deptaku, niepokojących wieściach z maili i telefonów, zdecydowaliśmy się jechać dalej, choć ja już wiedziałem, że muszę tu wkrótce wrócić.
Nad morzem miało być jeszcze lepiej.
Po noclegu na dziko gdzieś na kamieniach, w ostatnim miasteczku przed granicą z Czarnogórą zrobiliśmy przystanek na wydanie zalegających jeszcze w portfelach dinarów. Cóż mogłem kupić? Oczywiście, że śliwowicę, będzie do barku. Zauważyliśmy też, że na prowincji nie ma już tylu wystrzałowych dziewczyn. By pracować nad moim serbskim, kupiłem miejscowego Playboya pisanego cyrylicą.
13-09-2006
Myśli koloru Czarnogóry
Wzniesienia zaczęły się już w Serbii, za Užicami. Musieliśmy trochę zwolnić, bo droga jest w remoncie, buduje się mosty i generalnie próbuje się wyprostować jej zwoje. Ale i tak było coraz bardziej kręto, stromo i wysoko. Wspinaliśmy się do Czarnogóry, najnowszego kraju na mapie Europy.
Innym spieszyło się jeszcze bardziej, na tych cienkich wstążkach dróg, zawieszonych nad dolinami, kierowcy tracili rozum. Wyprzedzali jak wariaci, wyczyniając karkołomne kaskaderskie manewry, rozgrzewając do czerwoności silniki swoich kilkunastoletnich volkswagenów i opli.
Podziwialiśmy widoki, szukając największego kanionu, na nocleg lądując w parku narodowym z jeziorkiem i komarami. Zjedliśmy też ostatnią konserwę, wiezioną jeszcze z Polski. Mogliśmy się więc wyzwolić. Ale nie mogliśmy tego zrobić do końca. Jednym przeszkadzał brak prysznica, innym obsrane dziury w ziemi zamiast toalety. Jeszcze innym jakieś ogólne rozchwianie wartości.
Na tej fali Podgorica nas nie zachwyciła. Europejska stolica wielkości może Opola. I choć przecież nie rozmiar jest najważniejszy, nie poczuliśmy tu jakiegoś unikalnego klimatu. Słaby główny trakt, komunistyczne budynki. Strajkujący na tekturach przed jakimś urzędem. Główny plac miasta dopiero w budowie. Rodziła się masa pytań – czy wprowadzenie euro to dobry pomysł? A niepodległość? Pytań, które tym razem nie zostały zadane.
W przewodniku wyczytaliśmy, że południowo-wschodnia część wybrzeża, przy samej Albanii, powinna być najtańsza i najspokojniejsza. O jak bardzo się pomyliliśmy.
No może jeżeli ktoś lubi wesołe miasteczka, tłumy ludzi umazanych watą cukrową i korki na ulicach, to polecam. Dobrze było tu być żeby to zobaczyć. Ale już wystarczy. Zwinęliśmy się o poranku.
Resztę pobytu w Czarnogórze umilała nam zabawa wymyślona przez Pawła, który postanowił się odgryźć za tę naszą frustrację i dać się we znaki gospodarzom. Wymyślaliśmy menu dla restauracji, nad samym wybrzeżem, bez toalet, ale za to z komarami, i z za dużymi łyżkami, żeby się nie mieściły w gębie.
**
Błędem było przyjeżdżać tu w szczycie turystycznego sezonu. Żeby uciec od tłumów odbiliśmy na północ, by przejechać wybrzeżem Jeziora Szkoderskiego. Jedzie się wąską i krętą uliczką, zboczem wzgórza, które wpada do jeziora, a na drugim brzegu jest już Albania. Drogą chodzą osiołki i kozy, skaczące nad stokami.
Wracając nad morze, zrobiliśmy krótki przystanek w Svetim Stefanie. Chcieliśmy zobaczyć malowniczą wysepkę rybacką, na której teraz jest kasyno, ale wstęp kosztuje 7 euro. Po kolei wykreślaliśmy więc z listy miejsca do odwiedzenia, przygnieceni ilością samochodów, plażowiczów i budek z lodami na patyku.
Na szczęście i w te rejony wchodzi moda na plażowy topless, więc jeszcze jakoś można tu było wytrzymać w dzień. Wieczorami chodziliśmy do knajpek – Cztery duże piwa! – na co barman – Piwo jest, ale nie mam szklanek… - Znalazł tylko jedną i czekaliśmy, aż swoje piwo wypiją ludzie przy sąsiednim stoliku.
- I już jesteś zatrudniony w naszym wymyślanym lokalu! – to był nasz jedyny komentarz.
A wieczorem hamburgery i rozstrój żołądka… (- Właśnie to będziemy podawać u siebie).
Pocieszeniem miały być też plaże dla nudystów obserwowane z daleka, z wody, ale człowiek jakoś nie czuje się pewnie, gdy na czerwonym materacu podpływa do niego goły siwy facet.
Honoru Czarnogóry w naszych oczach broniła Zatoka Kotorska i knajpy nad samą wodą, gdzie piwo się lało, kelnerki bawiły się w najlepsze przy turbofolku, tańcząc i sącząc drinki. Droga wije się tu nad samą wodą, właściwie wydaje się, że można się wychylić z auta i sięgnąć jej niebiesko-zielonkawej toni. Uliczki są wąskie, z kamiennymi domkami po jednej i klasztorami na wysepkach po drugiej stronie. Ale by w pełni docenić i zachwycić się trzeba wrócić zdecydowanie po turystycznym sezonie.
Nigdy nie kupuję pamiątek, co najwyżej alkohole, które kojarzą mi się z miejscem. Wyjeżdżając z Czarnogóry mogłem kupić tylko jedno: miejscowy likier Gorki List, w ładnej zielonej butelce, z wielkim napisem: made for export.
Taka właśnie wydała nam się Czarnogóra w pełni sezonu - na eksport, dla turystów, za dewizy.
19-09-2006
Sarajewo w deszczu
Mokra szeroka wielopasmówka, kiedyś zwana aleją snajperów. Wycieraczki kursują jak oszalałe. Wokół bloki, ale coraz więcej nowych budynków. Sarajewo, miasto po przejściach. Miasto, które się odrodziło, choć teraz zaciągnięte deszczowymi chmurami. Miasto pięknie położone między wzniesieniami, łatwe do ogarnięcia. Ale dziś domy i uliczki, wszystko podmokłe. Znajome miejsca, te same znaki, te same ścieżki. Z gazetowych okładek zroszonych wodą patrzy na nas Bono, gwiazda festiwalu filmowego.
Kiedy na chwilę się przejaśniło wspięliśmy się na górę, by popatrzeć. Widziałem w życiu wiele miast, ale ten widok mnie rusza. Domy wspinające się na otacające je zielone wzgórza, wieże kościołów, minarety, synagogi i morze pomarańczowo-czerwonych dachów. A potem włóczęga ulicami, od knajpki do knajpki z bosanską kafą, wśród odrapanych, zmęczonych budynków, pośród wystylizowanych, wyfryzowanych i świecących dziewcząt i facetów.
I choćby tylko dla takich momentów warto tu być.
Z wybrzeża odbiliśmy na północ, przejeżdżając przez Chorwację, a później doliną Neretwy. Ostatnie chorwackie drobne wydaliśmy na alkohole. Jedno co mogłem kupić, co kojarzyło mi się z tym krajem to mała butelka travaricy ze Splitu. W Dubrowniku widziałem hotel, kiedyś zrujnowany, gdzie spaliśmy w namiocie na balkonie, dziś jest w remoncie, wraca na scenę. Potem dodaliśmy gazu i przez Mostar znaleźliśmy się w Sarajewie.
W nocy dopadł nas deszcz, burza z piorunami. Chyba chciała żebyśmy jechali dalej, pozostawiając miasto nietknięte. Wszystko mokre, namioty, śpiwory… Woda nas zapętliła, na początku tego wyjazdu też padało.
Wracaliśmy. Ale siedząc tu w deszczu, w samochodzie na przedmieściach Sarajewa, tylko utwierdzałem się w przekonaniu, że jestem za tymczasowością. Za tym by nigdy się nie zatrzymać, by już zawsze być w drodze, być pomiędzy.


