Anglia robotnicza | Sępek Świata - w podróż zaprasza Jarek Sępek



Anglia robotnicza

W Anglii jest fajnie (chyba…)

Wspaniała praca, eleganckie mieszkanie… już nie możemy się doczekać!

2005-06-27

Wpuścili nas w kanał

…a dokładniej tunel pod kanałem La Manche:)

Twarze w autobusie jakby pobladły, a może to tylko złudzenie, odbicia od sztucznego oświetlenia. Pewne jest, że ucichł gwar. Zapakowaliśmy się do cielska metalicznego wieloryba – pociągu, który miał nas przewieźć pod dnem kanału. Koleją do Anglii.

Cóż, raz na wozie, raz pod wodą.

Nie jest to widowiskowa trasa. Za oknem przewija się tylko ciemność tunelu i co jakiś czas mignie delikatna lampka.

W głowie to samo. Pustka, a czasem przemknie tylko myśl – co teraz z nami będzie? Niepewność, ale też ekscytacja. Mimo wszystko mamy zamiar nieźle się bawić, na chwilę przecież będziemy w innym świecie. Ja i mój brat.

We Wrocławiu widzieliśmy kolejne autobusy podjeżdżające na peron. Każdy z tabliczką Polska – Anglia. Zanim pojawił się nasz, trochę spóźniony, pożegnaliśmy na dworcu cztery podobne, wypełnione po brzegi autokary jadące w tym samym co my kierunku.

Zdaje się, że uczestniczymy w jakimś wielkim eksodusie, czymś masowym.

Atmosfera w autobusie była gęsta.

Zero kontaktu, żartu, wymiany uśmiechów czy czegoś takiego. Każdy zamknięty w swojej małej dwu-trzy osobowej grupce, pogrążony w myślach – jak to będzie? Co teraz? Ciekawe gdzie jadą ci ludzie w około? W duchu mając nadzieję, że nie do tego samego miasta, bo przecież będą konkurencją na nasze miejsce pracy…

Budzą się najniższe instynkty. Uśmiechamy się pod nosem, gdy już w Londynie dzwoni komuś komórka i słyszymy tylko rozmowę, kilka foteli za nami – osoba kaleczy angielski, aż kłuje w uszy. Cieszymy się z tej nieudolności, tak, cieszymy, bo wydaje się nam, że potrafimy lepiej, że na pewno sobie poradzimy. Niestety moment satysfakcji nie trwa długo, bo przychodzi refleksja – przecież ktoś do niej zadzwonił, i to może ktoś miejscowy, co znaczy, że kalecząca osoba ma już jakieś kontakty, a może nawet – nie daj Boże – pracę.

Autobus zatrzymywał się kilka razy po drodze. W Holandii, na jakimś parkingu, toaleta kosztowała 30 eurocentów. Wylegliśmy tłumnie, cała wycieczka się przewinęła, ale talerzyk pozostawiony na monety nie zabrzęczał ani razu. Ci uczciwsi pasażerowie, by uniknąć dylematów moralnych – dać te centy czy nie? – poszli w krzaki.

Po całej dobie w drodze dotarliśmy wreszcie na miejsce. Niech to szlag! Jest nas pięciu z samej tylko Nysy, którzy wysiedli w Leicester…

Wiemy o sobie, znamy się z widzenia, może nawet przez moment chodziliśmy razem do szkoły, ale to nie ważne, nie teraz, rzucamy tylko w pośpiechu zdawkowe – powodzenia – i jak najszybciej rozchodzimy się, każdy w swoją stronę. Bez wymiany numerów telefonów, maili. Myślimy, że jesteśmy sprytniejsi, bo chociaż mamy załatwione wcześniej mieszkanie, ale oni też mają. Ba! Nawet mają siostrę, która ich odbierze z przystanku. Na szczęście nie mają jeszcze pracy. To dziwne, ale taka wiadomość nas uspokaja.

Zaczyna się wyścig.

2005-06-30

Agencje raczej nietowarzyskie

- Zadzwońcie w przyszłym tygodniu, zapraszamy w poniedziałek, na razie nie zapisujemy nowych osób szukających pracy, trzeba się umówić na spotkanie, najbliższy termin po niedzieli, potrzebne są referencje – to, jak się można było spodziewać, najczęściej słyszane słowa w agencjach pośrednictwa pracy.

Odwiedziliśmy może z 15, ale w mieście, które liczy zaledwie 200 tysięcy mieszkańców jest podobno 260 takich agencji! Jakoś nie mogę w to uwierzyć, ale nawet niech ich będzie połowa – przecież muszą z czegoś żyć, opłacić telefony, komputery, faksy, biura. Musi być praca, w której zdobyciu pośredniczą. Chociaż cholera wie.

Stawiliśmy się w miejskim pośredniaku, wśród mieszanki brytyjskich leserów, przyjezdnych Hindusów, uciekinierów z Afryki i zagubionych Polaków. Mają tu stanowiska z komputerami, klika się w ekran, wyszukuje odpowiednią ofertę, można ją sobie wydrukować. Obok są telefony, które łączą z telefonistką spisującą wszelkie nasze dane, by w końcu podać nam numer do pracodawcy i życzyć powodzenia.

Przejrzeliśmy gazetę z ogłoszeniami, dzwonimy, pytamy. Byliśmy nawet w specjalnym biurze zajmującym się doradztwem jak szukać pracy, chociaż nie usłyszeliśmy niczego odkrywczego (oprócz porady – róbcie co robicie, chyba że znacie kogoś kto płaci gotówkę do ręki, to też jest jakaś szansa – powiedział doradca. Hmm. Czy pan nas aby nie namawia do przestępstwa?).

Generalnie działamy na kilku frontach, ale najwięcej emocji dostarcza bezpośredni kontakt z wrogiem, czyli stare i niezawodne łażenie po knajpach i hotelach, rozdając swoje cv. Powoli robi się gęsto. Czujemy, że nie jesteśmy tu sami.

- A skąd jesteście? – zapytał barman w jednym z lokali.

- Z Polski.

- To wy przecież byliście tu już wcześniej.

(No nie dokładnie, ale przecież wszyscy Polacy są podobni…)

Czasem uciekamy się do żartów, pytając:

- Czy nie potrzebujecie kogoś kto wymówi słowo „żubrówka” czy „żywiec”? (napitki te można tu w knajpach kupić)

Innym razem startujemy po angielsku, ale już za chwilę dziewczyna, która ogląda nasze życiorysy stwierdza:
- Polacy? Cześć – i okazuje się, że jest rodaczką i przyjechała tu trzy tygodnie temu.

**

Wczoraj po całym dniu łażenia chciałem już wracać do domu, zagotowałem się w butach i gdy przechodziliśmy koło kolejnego hotelu, nie miałem ochoty tam już włazić. Brat okazał się bardziej uparty ode mnie, załadował się do windy by podrzucić jeszcze ostatnie cv tego dnia. Wrócił po kilku minutach i mówi, że menadżerka chce mnie widzieć…

Nie wiem co jej naopowiadał, ale kobieta, bardzo miła, o ciemnej skórze, przyjęła mnie bardzo serdecznie, z wielkim uśmiechem.

Streściłem historię mojego życia za barem i recepcyjną ladą, wspominając też o bieganiu z tacą i mówiąc, że dopiero przyjechaliśmy do Anglii.

Zdziwiła się tylko: – Dlaczego do Leicester?! – i powiedziała, że potrzebuje kelnera na kilka godzin w tygodniu. Nie wiadomo czy szef kuchni mnie polubi, ale mam się stawić w poniedziałek na próbę.

Teraz dopiero przypomniałem sobie czego nie spakowałem: biała koszula, spodnie i czarne buty zostały w domu…

2005-07-02

Jakim trzeba być

Polacy w agencji pracy. Weszli przed nami, niepewnie rozglądając się na boki. Chłopak i dwie dziewczyny. Pierwsza z nich usiadła przed urzędniczką, dostała do wypełnienia formularz.
- Jak długo jest pani w Anglii? – padło pytanie zza biurka.

- Kilka dni.

- Będziemy potrzebować referencji od kogoś kto zna panią od przynajmniej trzech lat. Ma pani kogoś takiego?

- Nie – szczerze wyznała dziewczyna.

- Ale to konieczne, bez tego nie możemy rozpocząć procedury szukania pracy. Może jednak ktoś taki się znajdzie?

- No, nie bardzo.

- A jak długo zna pani tych ludzi? – urzędniczka wskazała jej znajomych.

- Od roku.

- Naprawdę nie ma pani nikogo kto zna panią od trzech lat i może poświadczyć, że jest pani odpowiedzialną osobą?

- No może… – wydawało się, że dziewczyna wreszcie wpadła na trop. – Mam koleżankę…

- Tak? – zainteresowała się urzędniczka i widać było, że próbuje wyłuskać z niej jedyną prawidłową odpowiedź.
- …ale znam ją tylko od dwóch lat i paru miesięcy – powiedziała siedząca dziewczyna. Urzędniczka westchnęła.
- Dwóch lat i ilu miesięcy? – cisnęła dalej, dając jasno do zrozumienia, że przecież co za różnica, jak to sprawdzić, to tylko formalność.

Dziewczyna liczyła w myślach, wreszcie wyznała:

- Od dwóch lat i ośmiu miesięcy.

- Dobrze, dziękuję, niech pani weźmie te papiery. Gdy znajdzie pani osobę, która zna panią od trzech lat, to pani wróci. Następny proszę.

2005-07-05

Właśnie odrzuciliśmy kolejną ofertę pracy

Palce mi się kleją od jakiegoś sosu z mango, który serwowałem rano w hinduskiej restauracji. Upaprałem już całą klawiaturę, więc będzie krótko, bo jeszcze idę wieczorem trochę pokelnerzyć.

Leżymy na łóżku i odbieramy telefony z propozycjami pracy. Wczoraj miałem dylemat – zostać w restauracji czy pójść do fabryki kanapek. Maniek zdecydował się na kanapki, bo jak mówi: – Bliżej domu, więcej czasu dla rodziny, dobra osłona socjalna – no i jeszcze chciał sprawdzić na żywym organizmie ile prawdy jest w pogłoskach, że taśma produkcyjna może się śnić po nocach.

Robota jest, co jakiś czas do nas dzwonią, więc musimy sobie chyba wynająć sekretarkę :)) (jest więc wakat – zapraszamy Polaków, cv ze zdjęciem prosimy przesyłać mailem, tylko poważne oferty)

**

W związku z wybuchami w Londynie paniki na ulicach nie widać, ale wesołe miasteczka jakby smutniejsze.

2005-07-09

Tabaka na rewirze

Ubrany w piękny mundurek z pobliskiego supermarketu – czarne buty na gumowej i skrzeczącej podeszwie, przykrótkie spodnie, które sam przedłużałem odpruwając zakładki na nogawkach i najlepszy zakup: białą koszulę za 3 funty z ogromnym kołnierzykiem, szytą w sposób przedziwny, tak, że za Chiny nie mogłem jej doprasować (chociaż produkt, o dziwo, nie pochodzi z Chin, a wyrabiany jest na miejscu) – stawiłem się do pracy.

Miejsce od razu wydało mi się podejrzanie, bo chociaż hotel mieści się w centrum miasta, to jednak spoczywa na trzech górnych piętrach wielkiego parkingu. Z restauracji rozchodzi się piękny widok na dachy pobliskich budynków i śmieci na przystankach.

Trafiłem do kuchni.

Od razu przewinęły mi się przed oczami wszystkie moje dotychczasowe dorywczo-rozrywkowe prace. Kuchnia w restauracji zawsze ma w sobie coś z pośpiechu, żywiołu, improwizacji, gonitwy. Gorączkowa krzątanina, wszystko musi być na czas, słychać dzwonienie widelcami, żar bucha z pieców, kuchenek, szum wywietrzników, brzęk mytych naczyń, zapachy pieczonego mięsa, duszonych warzyw, przypraw mieszają się z płynem do mycia, przypalonymi patelniami, brudną i mętną wodą w zlewach, resztkami jedzenia na tłustych talerzach i gęstym, wiszącym powietrzem.

Widziałem to już w Stanach, Australii, Polsce. Wszędzie jest podobnie.

Stanąłem w drzwiach i zastanowiłem się – co ja tutaj robię? Chce mi się znów w to wszystko bawić?

Nie miałem jednak czasu roztrząsać tego zbytnio, bo już za chwilę stałem w swym pięknym mundurku z zakasanymi rękawami i kroiłem owoce na sałatkę, polerowałem sztućce i gorączkowo rozglądałem się po wszystkich pomieszczeniach, żeby chociaż mieć jakieś pojęcie gdzie co jest.

Na sali pojawiło się kilku ludzi, a ja byłem tym, który miał ich obsłużyć. Nie wiedziałem co jest w menu, gdzie są talerze, widelce, miseczki, szklanki, co je się z czym, jak przygotować rachunek, ba, nawet jak wyglądają brytyjskie pieniądze, żeby właściwie wydać resztę.

- Pracowałeś już w restauracji? – zapytał szef kuchni, starszy Hindus o ciemnej skórze, ale powiedział to z tak mocnym akcentem, że trzy razy musiał mi powtórzyć bo nie rozumiałem. Niepewny o co mu chodziło, na wszelki wypadek skinąłem tylko głową, że tak.

Wpadłem na salę. Poczułem stróżkę potu cieknącą mi po plecach. Pomyślałem, że warto by się uśmiechnąć, ale wiedziałem, że nie mogło to wyglądać naturalnie. Przełknąłem ślinę, rozdałem menu i uciekłem do kuchni. Tu czułem się bezpieczniej. Postanowiłem grać na czas.

Ale po chwili szef znów mnie wypchnął, przecież trzeba zapytać czy nie chcą się czegoś napić. Oddychałem głęboko, ale przecież akurat ta część nie mogła być taka trudna, choć nie znałem jeszcze nazw lokalnych napojów. Na szczęście nie było skomplikowanych zamówień i przez chwilę poczułem się pewniej. Może jakoś to będzie?

Wtedy szef kazał mi przynieść jakieś miseczki na sos. Skąd? Nie miałem pojęcia. Chyba powiedział, ale nie zrozumiałem. Pobiegłem jednak na dół, desperacko przeszukując wszystkie pomieszczenia. Nie mogłem nic znaleźć.

Ludzie siedzą na górze, pewnie już wszystko wypili, czekają na jedzenie, a może chcą czegoś jeszcze, może przyszli następni goście, a ja nie wiem gdzie co jest, szukam jakichś pieprzonych miseczek czy łyżeczek, teraz już nawet nie wiedziałem co miałem przynieść. Klasyczna tabaka jak z „Zaklętych rewirów”. Stanąłem tam i pomyślałem – zaraz tym wszystkim pierdolnę, zrzucę tę głupią koszulę i pójdę do domu…

Znalazłem miseczki. Pobiegłem na górę. Szef zdążył w tym czasie wyjść z kuchni i pozbierać zamówienia. Było mi głupio, ale poczułem ulgę. Powiedział, żebym się nie martwił, bo będzie mi pomagał.

Nareszcie…

Jakoś przeżyłem ten dzień, cudem dostaliśmy też napiwek. Wieczorem okazało się, że hotel nie potrzebował tylko kelnera, ale też pomocy kuchennej i pomywacza. Do późnej nocy szorowałem jeszcze talerze, mopowałem podłogi i przygotowywałem miejsce na śniadanie następnego dnia.

**

Drugiego dnia zjawiłem się wcześniej, chciałem się lepiej przygotować. Przyniosłem wszelkie potrzebne miseczki, widelce, zaglądnąłem do szafek, schowków, wypytałem szefa o menu i zapisałem co zrozumiałem. Byłem gotów.

I co? Na drugi dzień do restauracji nie przyszedł nikt, ani jeden gość. Nakarmiliśmy tylko recepcjonistę i księgowego…

2005-07-15

Fach w ręku

Właśnie awansowałem na barmana w hotelowym barze, gdzie nie ma nawet shakera ani słomek. Znów jestem jedynym pracownikiem (podobnie jak było w Perth), który ma prowadzić takie miejsce. Na razie próbuję doprowadzić lokal do porządku i zorganizować po swojemu.

Tymczasem wracam pamięcią do czasów zamierzchłych i miejsc, gdzie rozpoczęła się moja przygoda z gastronomią (poważniej, bo przecież wychowywałem się w knajpie…).

W związku z pytaniami w komentarzach czy jest to degradacja, że ludzie wykształceni pracują w takich miejscach – odpowiadam – pewnie tak. Ale jeśli miałbym być dziennikarzem, to właśnie takim, który potrafi wcielić się w różne role, by lepiej się wszystkiemu przyjrzeć od środka, posmakować na własnej skórze i dopiero potem zabrać za pisanie.

2005-07-21

Atmosfera trochę się zagęszcza

Ze zwykłego meczu piłkarskiego w Leicester zrobiła się sprawa polityczna na najwyższym szczeblu. Naszą lokalną drużynę (i kilka innych w Anglii) miał odwiedzić sam Inter Mediolan. Problem w tym, że wtedy w Londynie wybuchły bomby i klub z Włoch postanowił odwołać swą wizytę.

Brat mój, Mariusz, jako piłkarski fan, już miał w ręku bilet, ciesząc się, że zobaczy Inter na żywo. Drużyna jednak szła w zaparte, obawiając się o swoje bezpieczeństwo. Interweniować musiał sam rząd brytyjski, coś naobiecywać (pewnie wzmocnioną ochronę, fot. Maniek), by wreszcie piłkarze z Mediolanu zdecydowali się przyjechać i rozłożyć Leicester City 2 do 1.

Siedzę przed telewizorem. Wszystkie programy informacyjne przesiąknięte są tropieniem terrorystów, gazety tak samo, zdjęcia podejrzanych z londyńskiego metra nie schodzą z czołówek. Policja strzela do niewinnych ludzi, na oczach innych. Sky News pokazuje amatorskie zdjęcia wideo zrobione przez polskiego turystę w egipskim kurorcie, gdzie wybuchła bomba.

W moim barze coraz częściej rozmowa schodzi na temat terrorystów – ludzie zastanawiają się, jak to możliwe, że młodzi chłopcy urodzeni i wychowani w Wielkiej Brytanii zdolni są do dokonania zamachów.

W wiadomościach coraz częściej pojawia się Pakistan, mówi się, że teraz Pakistańczycy dominują w al Kaidzie. Właściciele hotelu, w którym pracuję pochodzą właśnie stamtąd. Nie chcą niczego komentować.
Phrakash, szef w hotelowej kuchni, jest z Goa, leżącej w zachodnich Indiach, ale też się martwi:
- Cała ta sprawa terroryzmu rzuca na nas cień. Na ludzi o ciemnym kolorze skóry, pochodzących z Azji.

Wszystko to się gdzieś splata i o nas ociera.

W zeszłym tygodniu policja zamknęła na kilka godzin jedną z ulic w mieście i poszła plotka – to na pewno bomba, już tutaj są, w naszym spokojnym Leicester.

Gazeta na drugi dzień podała, że to tylko ze względu na prowadzone tutaj śledztwo w sprawie napadu – ale i tak w ludziach już siedzą domysły i czarne wizje. Wystarczy, że straż pożarna przejedzie na sygnale, by wzbudzić poruszenie.

Unikam tematu terroryzmu, bo w niego nie wierzę. On zawsze jest daleko, w telewizji.

Terroryści jednak powoli osiągają swój cel – coraz więcej ludzi żyje w strachu i poruszeniu, chociaż flegmatyczni z natury Brytyjczycy przecież nie tak łatwo dają się zwariować i ponieść emocjom.

2005-07-27

Jedno wesele i prawie pogrzeb

Już od samego początku wszystko zapowiadało katastrofę.

Przyjęcie weselne zorganizowane było bardzo dziwnie – ponad dwustu gości do swej dyspozycji miało jedynie bufet z kanapkami, kurczakiem i innymi przekąskami. Alkohol trzeba było kupować samemu.

Otworzyliśmy dwa bary. Jeden w lobby, drugi, większy, na sali balowej.

No i się zaczęło. Najpierw wysiadła chłodziarka do piwa. Maszyna zaczęła się dymić i iskrzyć. Musieliśmy odsyłać pijących do drugiego baru, gdzie szybko zrobił się tłok i padły pierwsze wyzwiska.

Niezbyt doświadczony Khrishna z Nepalu, o wglądzie młodego Szerpy, serwując alkohol aż kipiał ze wściekłości, drżały mu ręce.

Jego barowy partner Sunny, o rysach orientalnych, ciemnej skórze, z małą czarną bródką – został wyzwany od „Pakistańców”. Na początku jeszcze próbował tłumaczyć, że jest z Indii, nic nie ma wspólnego z Pakistanem, ani – co sugerowali pijący – z terroryzmem.

I kiedy po raz kolejny usłyszał: – Ej, Paki, polej piwo – po prostu przestał serwować.

Na szczęście w tym czasie wezwany mechanik naprawił naszą maszynę do chłodzenia. Ludzie powrócili na salę balową.

Zabawa się toczyła, a coraz bardziej pijani weselni goście tłoczyli przy ladzie, co raz testując naszą cierpliwość. Pracowałem z Gregiem, który jako Nowozelandczyk, na swoje nieszczęście bardzo dobrze władał angielskim i dawał się wciągać w pyskówki.

Ja starałem się nie dać sprowokować ludziom marudzącym, że za drogo, że za długo czekają, że chwilowo nie ma lodu, że to, że tamto, że jesteś głupi i masz wszy.

Czasem rzucałem tylko najzimniejsze ze swoich spojrzeń i omijałem danego delikwenta aż się uspokoił. Starałem się nie komentować i nie odzywać. Przełykałem gorzką pigułkę…

Nie widziałem dokładnie jak to się zaczęło, pewnie jak to zwykle od słowa do słowa. Wiele nie było trzeba. Greg odmówił drinka pijanemu łepkowi, po chwili pojawili się jego koledzy i zaczęli nam grozić. Zrobił się tumult, zamieszanie, pierwsze krzyki. Inni goście postanowili młodzieńców wyprosić, po chwili zamieszanie przeniosło się na korytarz, skąd słyszeliśmy tylko tłuczone i latające w powietrzu szkło, potem krzyki, ciosy, wrzask, wyzwiska i przekleństwa. Zakotłowało się, kilkanaście osób uwikłało się w bójkę.

Recepcjonista w desperacji wzywał policję.

Zjawili się w minutę, dziesięć radiowozów na sygnałach. Wpadli całą ekipą, od razu nakazując zamknięcie obydwu barów. Ucichła muzyka, zapaliło się światło. Koniec wesela. Najbardziej agresywni goście trafili na dołek, podobno nawet brat panny młodej.

**

Słaniając się na nogach, po dwunastu godzinach służby i wielkim sprzątaniu wreszcie wychodzę. Idąc do domu muszę przejść przez imprezową część miasta – kilka lokali nocnych przy jednej ulicy. Mijam tłum pijanych młodzieńców, dziewczyn, wszyscy w jakimś zatraceniu, szaleństwie – kładą się na maskach policyjnych samochodów, awanturują.

Idę dalej. Z wielkim pędem przejeżdżają szpanerskie lśniące od ulicznych latarni samochody. Przechodzę obok wysokiego na dwa metry drewnianego płotu, który odgradzał plac budowy. Ale połowy płotu już nie ma. Jakieś dziesięć metrów ogrodzenia leży na ziemi, a obok, wbity w stertę cegieł czarny BMW, z porysowanymi i powyginanymi bokami.

Nadjeżdża policja.

Przy samochodzie stoi niska, tłusta dziewczyna, w przykrótkiej spódniczce, wcale nie wyglądająca na zestresowaną. Właściwie chyba się uśmiecha, jakby wszystko co miała do powiedzenia to – Ups!

2005-08-01

Fermentacja

Z tętniącą głową i żołądkiem pełnym jeszcze nieprzetrawionego alkoholu zasiadłem przed komputerem, a właściwie się przed nim położyłem. Zdaje się, że opcje są dwie – za chwilę puszczę pawia na klawiaturę, albo gorzej – napiszę coś głupiego. Tak to jakoś jest w życiu, że czasem wybór mamy kiepski.

Wczoraj mieliśmy imprezę dla pracowników, z czym mój organizm do teraz nie może się pogodzić. Siedziałem tam, wśród śmiechów, zabawy, rozmawiając, żartując i walcząc z własnymi myślami. Kiedy tylko zdążę się z kimś zaprzyjaźnić, oswoić, znaleźć grupę ludzi, z którymi czuję się dobrze – muszę wyjechać i wszystko to zostawić.

Jeszcze nigdzie nie udało mi się zagrzać dłużej miejsca. Dlaczego? Rozgrzebuję, motam, mieszam, obiecuję, wszystko po to, by potem uciec…

Patrzyłem na twarze, tak serdeczne, ale tak bardzo obce, i wiedziałem, że już wkrótce znów będą tylko wspomnieniem, zdjęciem IMG_6217.jpg na twardym dysku, w katalogu o nazwie Anglia, pośród setki innych…

2005-08-06

Walesa was a good guy

- Co ci ugotować? – szef kuchni zapytał jedną z pracownic, wysoką szefową pokojówek, pochodzącą z Węgier.

- Zjem wszystko oprócz ryby z frytkami, bo tego nie znoszę – odpowiedziała, na co wtrąciłem się zdziwiony: – Jak to? – i przekonany, że w tym kraju ryba z frytkami, oprócz chipsów i koli, to podstawa diety, zapytałem naiwnie: – Jeśli tego nie znosisz, to jaki sens ma twój pobyt w Anglii?
Na co dziewczyna jednym słowem i bez namysłu odrzekła, jakby to było oczywiste – Funty!…

No i faktycznie, czym tu się w Anglii podniecać? Tłustą rybą z jeszcze bardziej oleistymi frytkami? Po kilku ucztach entuzjazm mi przeszedł.

Albo taka pogoda – nic dziwnego, że non-stop się o niej rozmawia. Nigdy nie wiesz co czeka cię za chwilę, nie wiadomo jak się ubrać. Rano świeci słońce, za chwile niebo zachodzi chmurami, zaczyna padać, potem znów słońce na 10 minut, wieje wiatr, kropi deszcz i tak w kółko. Generalnie pogoda sprzyja depresji.

A skoro już zacząłem ten lament to jeszcze wspomnę, że Angielki za ładne nie są, w autobusach walają się sterty gazet i puszek po napojach, a pijący w barze ludzie, gdy dowiadują się, że jestem z Polski, muszą z siebie wykrztusić: – Oh, yeah, Poland! This guy, what`s his name? Valeza, Walesa? He was a good guy!…

Zdaje się, że Wielka Brytania przestała być już krainą egzotyczną. Oswoiliśmy ją sobie i teraz zaczynamy widzieć coraz więcej ciemnych stron.

Ale co ja tam mogę wiedzieć? Nie zwracam na to uwagi odkąd moim jedynym zajęciem i podnietą stały się wizyty w podziemiach biblioteki miejskiej i ślinienie półek z tabliczką „Africana”.

2005-08-11

Najnudniejszy człowiek na świecie

Kolejny dzień za barem i znów zero klientów, ziewam. Wszyscy ziewają. Młody, ciemnoskóry i czarnowłosy recepcjonista o imieniu Ali, w poszukiwaniu historii, która go rozgrzeje przyszedł do mnie (czasami zdarza mi się zainteresować słuchaczy swoimi opowieściami).

- Jak tam upłynął twój dzień wolny? – zapytał z nadzieją, że usłyszy coś elektryzującego.

- Świetnie, poszedłem na spacer, trochę natury… – odpowiedziałem bez namysłu, ale zanim jeszcze zdążyłem dodać coś więcej, rozczarowany Ali, z kwaśną miną jakby właśnie rozmawiał z najnudniejszym człowiekiem na świecie, odwrócił się na pięcie i odszedł, mówiąc – Bardzo fascynujące… Spacer…

Raczej nie sprostałem jego oczekiwaniom. Miał chwilę wolnego w recepcji, przyszedł usłyszeć jakąś mrożącą krew w żyłach historię, jak to się spiłem po raz kolejny i zaległem na ulicy, o mało nie przejechany przez piętrowy autobus, albo jeszcze lepiej jak to woziłem się elegancką taksówką po całym mieście z trzema blond modelkami, które patrzyły na mnie z uwielbieniem i karmiły winogronem maczanym w winie. Może i miałem ochotę sprzedać mu taką historię, ale oczywiście musiałbym zmyślać. Chciałem mu więc powiedzieć o białym jeleniu, o parku, który jest o 10 minut drogi autobusem od naszego domu, gdzie beztrosko wylegują się stada saren, jest jeziorko, a wszystko to malowniczo otoczone wzniesieniami, zwieńczonymi ruinami średniowiecznie wyglądających wież obronnych.

Ali nie chciał o tym słuchać.

Już kilka razy wcześniej pytał mnie: – A co robisz dla rozrywki? – i nigdy nie wiedziałem co odpowiedzieć – że czytam książki, grzebię w Internecie, oglądam telewizję, czasem film na dvd, chodzę po parkach i robię notatki… żadna z tych odpowiedzi nie dawała mu satysfakcji.

Wyglądał na człowieka w desperacji poszukującego jakichś innych doznań, ucieczki, zabawy. Cały swój czas spędza w hotelu, gdzie pracuje i mieszka. Ali pochodzi z Pakistanu, ale przez ostatnie 9 lat mieszkał na Cyprze, po stronie tureckiej. Skończył tam szkołę i studia, coś o hotelarstwie, i z pewnością było to wielkie wydarzenie w jego życiu, bo zawsze opowiada o tym z rozrzewnieniem. Później wujek, który jest właścicielem naszego hotelu przywiózł go do Anglii, dał pracę i mieszkanie.

Zdaje się jednak, że Alemu trudno się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości. Nie ma wielu przyjaciół, bo niby skąd miałby ich mieć – już nie studiuje, nie chodzi po knajpach. Tylko siedzi za recepcyjną ladą…

A jednak jeleniem zachwycić się nie chce…

Następnym razem opowiem mu o blondynkach.

2005-08-16

Dużo, tanio, Tesco

Uważam, że pogłoski iż McDonald`s zdołał już podbić cały świat są mocno przesadzone…

2005-08-23

Załoga G

Prakash, Kate, Ibrahim i inni. Od dziś muszą sobie radzić beze mnie…

2005-08-28

Coś na kształt epilogu

Wczesnym popołudniem Londyn wypełniony był samochodami po brzegi, a nasz wielki autobus z trudem wynajdował sobie ścieżki pomiędzy nimi. Czasem poruszał się jak żółw w sznurze pojazdów, by potem gwałtownie przyspieszyć i znów hamować.

Kilka godzin wcześniej zostawiliśmy Leicester, wbijając się do wehikułu, który zbierał po drodze młodych ludzi wracających z pracy na Wyspach.

Stojąc teraz w korku, wyglądam przez okno i widząc wielokulturowy, tętniący tłum na chodnikach, barwne wystawy sklepowe i przepełnione ulice, sięgam po notatnik, by przypomnieć sobie wszystko co naskrobałem w czasie dwóch miesięcy pobytu w Leicester – średniej wielkości i urody mieście w środkowej Anglii.

Dwa Michały

Przed oczami stają mi całe osiedla identycznych domków z brązowej cegły, a pomiędzy nimi nasz, wyposażony i ozdobiony w sklepie typu „wszystko za funta”. Plastikowe delfiny w łazience, kiełbaski i rak wiszący w kuchni, szmaciana baba jaga na miotle, kupiony na wyprzedaży pomarańczowy tygrys ze sprężyną na baterie, który warczy gdy się ją pociągnie, metalowe, tłoczone obrazki na ścianach, trójwymiarowe dzieła ze skóry i bijący co 15 minut zegar, wygrywający melodyjki, stojący pod naszymi drzwiami. A w samym środku właścicielka i gospodyni tego domostwa – pani Z., uzupełniająca to wszystko swą małą osóbką, pijącą najtańszą whisky z teskową lemoniadą i komentująca rzeczywistość na swój przedziwny sposób (gdy nas zobaczyła zakrzyknęła radośnie – Dwa Michały, jeden duży drugi mały!).

Mieszane uczucia

Mimo niepewności na początku, bez większych zgrzytów i żadnych kompleksów, płynnie weszliśmy w nowe otoczenie. Udawało nam się kolejno załatwiać wszelkie formalności, sprawy urzędowe, szybko znaleźć pracę. Wszystko poszło gładko. To optymistyczne wiedzieć, że lądując w obcym kraju, w przypadkowym mieście, potrafimy sobie poradzić i przetrwać.

Dopiero potem zobaczyłem innych ludzi tutaj mieszkających, płytkości życia niektórych z nich, ich znojną pracę w fabrykach i hotelach, bezmyślne wydawanie pieniędzy nie wiadomo na co, konsumpcjonizm, wszędobylskie kredyty, które tylko czekają by złapać cię w pułapkę pracy dla banku, kretyńskie reklamy w telewizji, fast foody, imprezy i rozróby na ulicach i weselach.

Z przykrością stwierdzałem, że Anglia już na mnie nie działa, nie zachwyca, nie pobudza i nie inspiruje.
Przyjechaliśmy na zarobek, bez większych ambicji wgłębienia się w kulturę czy zwyczaje.
Nie było żaru, nie było entuzjazmu, nie było iskry.

Ciapki

Próbuję podsumowywać, ale przysłuchuję się też rozmowom w autobusie. Siedzący za nami student prawa z Krakowa właśnie przeżywa, i opowiada po raz kolejny wszystkim w około, że w Leicester nie ma nikogo innego oprócz Hindusów. Wymienia jeszcze Pakistańczyków, Bengalczyków i Polaków – Anglicy są dopiero na szóstym miejscu – przekonuje. Ale gdy zaczyna nazywać Hindusów Ciapkami (od Ciapatti – hinduskiego chleba, jak wyjaśniał), odwracam się do niego i rzucam moją skrzywioną minę z cyklu – zastanów się chłopie co ty wygadujesz. Chłopak się trochę reflektuje i wtedy dopiero zaczyna się tłumaczyć: – Ale ja do nich nic nie mam…

Na pracę i zabawę z Hindusami nie mogę narzekać, w ogóle zawsze jakoś najlepiej odnajduję się w takim wielokulturowym towarzystwie. Każdy jest przyjezdnym, więc nikt nie czuje się obco.

Czym skorupka za młodu

Ciągle poruszamy się w ślimaczym tempie ulicami Londynu. Nie możemy się wydostać, autokar krąży między taksówkami i czerwonymi autobusami miejskimi. To godziny szczytu. Próbuję zebrać myśli i napisać coś o Anglii, ale jakoś zdania się nie składają.

Znudzeni pasażerowie sięgnęli po jedzenie. Sąsiedzi z prawej – młoda parka, wysoka dziewczyna z rozpuszczonymi włosami i chłopak, który jak podejrzałem, rozwiązywał zadania z matematyki – teraz wyjęli termos z herbatą, chleb z ogórkiem i ugotowane na twardo jajka, które zaczęli rozbijać o plastikowy blat przed nimi i spokojnie obierać.

Większość produktów pochodziła z Tesco, poznałem od razu. Wszyscy staraliśmy się oszczędzać, ale jednak uśmiechałem się trochę z politowaniem, bo zawsze jak widzę taką scenę publicznego obierania gotowanych jajek, to przypomina mi się Wenecja i plac świętego Marka. Cały świat przyjeżdża tam by zachwycać się klimatem miasta, ale tylko polska wycieczka potrafi go skutecznie zatrzeć. W najbardziej romantycznym, jak się wydaje miejscu, na placu, wśród gołębi, z widokiem na pływające gondole, przycupnęło kilka osób znad Wisły, wyciągnęli termosy, gotowane jajka zawinięte pieczołowicie w gazety i pomidory, które poczęli kroić scyzorykiem i układać na chlebie.

Każdy ma inne pojęcie romantyzmu. Rzuciłem okiem na parkę obok. Zjedli już jajka, teraz zaczęli się całować.

On-line

Ja to mogę się mądrzyć, nasze jedzenie na drogę zrobione jest fachowo. Maniek dwa miesiące praktykował w fabryce kanapek przy linii produkcyjnej (nazywając to nowocześnie – pracą on-line), wstając o piątej rano, zakładając spodnie i koszulę, nie dopuszczając o tak wczesnej porze do siebie żadnej myśli, by przypadkiem tym wszystkim nie pierdolnąć, szedł dzielnie na szychtę.

Dziś przyrządził sałatkę tuńczykową z serem żółtym w bagietce, serwując do tego miniaturowe pomidorki, żeby nie trzeba było ich kroić. Wracamy więc do ojczyzny z nowymi doświadczeniami.

Pępek pilotki

Unosząc nos znad notatek, stwierdzam, że powoli przesunęliśmy się o kilka ulic. Mamy już wszystkich pasażerów, teraz poznamy gust pani pilotki, która postanawia wreszcie włączyć nam film. Młoda zgrabna dziewczyna, wspina się na palcach do półki, by sięgnąć po kasetę wideo. Patrzymy na nią ukradkiem, trochę się rumieniąc – jakaż to odmiana po angielskich fałdach! Różowa bluzeczka lekko się podnosi, ukazując kawałek skóry i płaski brzuch!

(Film z Willem Smithem był tak wciągający, że wciągnął nawet samą kasetę. Dziewczyna znów sięgnęła do odtwarzacza, wyciągając ciało i obnażając fragmencik brzucha, w desperacji zaczęła przełączać guziki. Gdybym tylko miał pilota do tego widea, chętnie bym je jeszcze kilka razy zatrzymał)…

**

Korek wreszcie się odetkał. Opuściliśmy Londyn. Opuszczamy Anglię. Zamykam notatnik, nic więcej nie mogę z siebie wykrztusić.

Wracamy do domu.

2005-09-02

Kolczyki smutnej Barmanki

Nie widziałem dobrze w tym mroku, ale patrząc na jej sylwetkę, starałem się przypomnieć sobie wszelkie szczegóły jej młodej twarzy.

Siedziałem daleko, kilka stolików od baru, w ogródku piwnym, pod wielkim parasolem, który swym płaszczem oddzielał mnie od zapadającej nocy. Gapiłem się na dziewczynę za barem, która opierając się o ladę, oświetlana była tylko żarówkami ze stojącej za jej plecami lodówki, pełnej kolorowych napojów. Widziałem jedynie kontur jej sylwetki i łunę światła, która ją oblekała, uwydatniając zarys ramion okrytych różową bluzeczką z kapturem. Widziałem włosy zaczesane w warkocz, łagodną grzywkę opadającą na czoło i duże błyszczące w świetle lodówki kolczyki, mieniące się żółtym kolorem butelek z fantą, zielonym lechem i czerwoną coca-colą. Starałem się wpasować w tę sylwetkę szczegóły twarzy, które próbowałem sobie przypomnieć jeszcze sprzed chwili, gdy podszedłem do baru by zamówić piwo. Czarne brwi, delikatnie zarysowany nos, usta koloru słodkich czereśni, na których jednak za żadną cenę nie chciał namalować się uśmiech. Migoczące kolorami kolczyki były jedyną radością jaka od niej biła.

Tak bardzo nie chciała tu być, wyglądała jakby ktoś postawił ją tu za karę. Nalewała piwo bez entuzjazmu, radości, kontaktu wzrokowego, jakiejkolwiek emocji.

Wydawało mi się, że wiem jak to jest, patrzeć jak inni się bawią, kiedy samemu trzeba tu stać i ich obsługiwać. Może nawet jej współczułem. W tym swoim smutku miała jakiś urok, coś elektryzującego, coś co nie pozwalało oderwać od niej wzroku.

Ale nie było tam uśmiechu.

Siedząc teraz przy delikatnym świetle, patrzyłem na jej postać, i jedyne co mogłem zrobić, to wyobrazić sobie ten uśmiech, błysk radości w oczach, choćby namiastkę żaru jaki musi kryć się w tak pięknej i delikatnej osobie.

Sam się uśmiechałem, bo przecież radość na jej twarzy tak bardzo pasowała w mojej wyobraźni do mieniących się kolorami kolczyków Smutnej Barmanki.

I wtedy właśnie, przysiągłbym, że w reflektorach przejeżdżającego samochodu mignęła jej twarz ze wzrokiem skierowanym w moją stronę, jakby wyczuwała o czym myślę, rozpromieniła się na ułamek sekundy, a jej usta rozciągnęły się w słodkim uśmiechu…

Zawsze po powrocie do ojczyzny robię się taki sentymentalny.

2005-09-08